Jak przestać gasić pożary i zacząć zarządzać firmą systemowo

Jak-przestać-gasić-pożary-i-zacząć-zarządzać-firmą-systemowo

Poniedziałek, 8:15. Dzwoni kierownik magazynu, bo brakuje komponentów do zamówienia, które miało wyjść wczoraj. O 9:00 przychodzi mail od klienta z reklamacją. O 9:30 okazuje się, że Kasia z księgowości jest na L4 i nikt nie wie, jak dokończyć rozliczenie, które ona zawsze robiła. O 11:00 jest spotkanie, na którym miałeś przedstawić plan na kolejny kwartał, ale planu nie ma, bo cały tydzień zajęło Ci gaszenie pożarów z poprzedniego.

Brzmi znajomo? Jeśli prowadzisz firmę na 30-100 osób, to pewnie tak. I pewnie masz poczucie, że ciągle biegasz od kryzysu do kryzysu, a na pracę „nad firmą” (zamiast „w firmie”) nie ma czasu. Zarządzanie firmą systemowo brzmi jak luksus, na który nie masz czasu. Tyle że to właśnie brak systemu sprawia, że tego czasu nie masz.

Z tego artykułu dowiesz się:

Gaszenie pożarów to nie „specyfika branży". Objaw niskiej dojrzałości procesowej

Wielu właścicieli MŚP, z którymi rozmawiamy, traktuje ciągłe kryzysy jak coś normalnego. „Taka branża”, „taki rynek”, „u nas jest specyficznie”. Rozumiemy to. Ale badania mówią coś innego.

Badania dojrzałości procesowej polskich MŚP (Okręglicka, Lemańska-Majdzik) pokazują, że przeciętna polska firma małej i średniej wielkości osiąga zaledwie 2,5 punktu w 5-stopniowej skali zarządzania procesowego. Procesy są częściowo opisane, ale rzadko konsekwentnie zarządzane i powiązane z celami firmy. W praktyce wygląda to tak. Że większość firm działa „na pamięć” i „na relacjach” zamiast na powtarzalnych, przewidywalnych procesach.

A kiedy coś nie jest opisane i ustandaryzowane, to za każdym razem, gdy pojawia się problem, ktoś musi go rozwiązywać od zera. Nie ma procedury. Nie ma checklisty. Nie ma właściciela procesu. Jest za to właściciel firmy, który o 21:00 siedzi z laptopem na kanapie, pisze maile i odbiera telefony, bo „nikt inny tego nie ogarnie”.

Niestety w Polsce przyjęło się zarządzanie przez gaszenie pożarów. Zresztą widać to po strukturze dnia typowego właściciela MŚP. Rano planujesz zająć się strategią, rozwojem produktu, nowym rynkiem. Ale zanim włączysz komputer, jest już pierwszy pożar. I drugi. I trzeci. Wieczorem okazuje się, że kolejny dzień minął na „ratowaniu sytuacji”, a lista spraw ważnych (ale niepilnych) rośnie od tygodni. „Bo zawsze tak było” to jeden z najdroższych argumentów w biznesie.

Polecane artykuły

Co tracisz, kiedy zarządzasz od kryzysu do kryzysu

Gaszenie pożarów ma swoją cenę. I nie chodzi tylko o stres właściciela (choć to też). Chodzi o bardzo konkretne, policzalne straty.

Pierwsza: ludzie. Firma, która ciągle działa w trybie awaryjnym, przepala godziny na naprawianie błędów, nadgodziny i „heroiczne akcje ratunkowe”. Pracownicy się wypalają, a rekrutacja nowych jest coraz droższa. Badanie Lean Exchange Club (130 organizacji) pokazuje, że w 60 proc. firm problemy rozwiązywane są dopiero po eskalacji, pod presją czasu. Przyczyny źródłowe nie są eliminowane, więc te same pożary wracają. Ludzie to widzą i najlepsi zaczynają odchodzić, bo mają tego dosyć.

Druga strata: marża. Kiedy zespół spędza czas na gaszeniu pożarów zamiast na pracy, która generuje przychód, koszty rosną, a przychody stoją w miejscu. PARP i OECD wskazują, że dwie trzecie polskich MŚP koncentruje się na przetrwaniu i utrzymaniu pozycji, a nie na rozwoju. Przychody firm niefinansowych w Polsce wzrosły 3,6-krotnie między 2004 a 2022, ale jednocześnie pogorszyły się wskaźniki rentowności. Firmy rosną, ale nie zarabiają proporcjonalnie więcej, bo „tarcie operacyjne” zjada marżę.

Trzecia: skalowalność. Jeśli firma jest zależna od tego, że właściciel osobiście rozwiązuje problemy, to firma nie może rosnąć powyżej pewnego punktu. Bo doba ma 24 godziny, a właściciel ma jedno zdrowie. Pracujemy z firmami, w których właściciel jest jednocześnie dyrektorem operacyjnym, szefem sprzedaży i głównym strażakiem. To sprawia, że zamiast zarządzać firmą, zwyczajnie próbują przetrwać.

Badanie dojrzałości systemów rozwiązywania problemów (130 organizacji) pokazuje dokładnie ten mechanizm. Mimo że firmy formalnie posiadają narzędzia i procedury, zespoły w praktyce rozwiązują problemy dopiero, gdy zagrażają klientom lub terminom. Przyczyny źródłowe nie są eliminowane. Efekt? Te same pożary wracają co kilka tygodni, w lekko zmienionej formie i pochłaniają czas, który powinien iść na rozwój.

Strażak czy architekt. Dwie role właściciela firmy

Jest takie zdanie, które dobrze oddaje sedno tego problemu: liderzy, którzy myślą etapami, rozwiązują problemy wielokrotnie, a liderzy, którzy myślą systemami, rozwiązują problemy raz. I badania potwierdzają tę intuicję. Organizacje, które wdrożyły myślenie systemowe do zarządzania, raportują nawet o 60 proc. mniej powtarzających się problemów w porównaniu z firmami działającymi w trybie „gaszenia”.

Różnica między strażakiem a architektem nie polega na tym, że architekt nie widzi problemów. Widzi. Ale zamiast biegać z gaśnicą, projektuje system, który pożarom zapobiega. Zamiast osobiście kontrolować każde zamówienie, buduje proces, który kontroluje się sam. Zamiast trzymać wiedzę w głowie, dokumentuje ją tak, żeby firma mogła działać bez niego przez tydzień, miesiąc, a docelowo jeszcze dłużej. W praktyce to oznacza: zamiast codziennie dzwonić do magazynu, żeby sprawdzić stany (bo „nikt inny tego nie pilnuje”), ustawiasz proces, w którym system automatycznie generuje alert, gdy zapas spada poniżej minimum.

Zarządzanie firmą systemowo zaczyna się od jednej decyzji: przestajesz być osobą, która rozwiązuje problemy i zaczynasz być osobą, która projektuje sposób ich rozwiązywania. Brzmi jak niuans. W praktyce to zmiana, która decyduje o tym, czy firma jest w stanie urosnąć z 80 do 200 osób, czy utknie na 80 i właściciel się wypali.

Skontaktuj się z nami

Opowiedz z jakim wyzwaniem się mierzysz naszemu konsultantowi. Podczas takiej rozmowy opowiemy w jaki sposób pracujemy i jak rozwiązaliśmy podobne wyzwania. Wspólnie wypracujemy możliwe kierunki współpracy!

Osoba do kontaktu
tomasz-pietrzak-new
Tomasz Pietrzak
Managing Director / Konsultant

Jak wygląda zarządzanie firmą systemowo w praktyce

Skoro nie chodzi o „więcej wysiłku”, to o co chodzi? O cztery rzeczy, które razem tworzą system (a jeśli chcesz podejść do tego kompleksowo, przeczytaj o audycie i optymalizacji procesów biznesowych). Żadna z nich nie wymaga dużego budżetu, ale każda wymaga decyzji i konsekwencji.

Zmapuj procesy, zanim zaczniesz je naprawiać. Pierwszy krok to zrozumienie, jak firma faktycznie działa (a nie jak powinna działać w głowie właściciela). Zmapowanie procesów oznacza zapisanie: kto robi co, w jakiej kolejności, z jakimi narzędziami i jakim wynikiem. Brzmi prosto, ale w firmie na 80 osób okazuje się, że trzy działy robią to samo na trzy różne sposoby, bo nikt nigdy nie usiadł i nie ustalił jednego. Badanie blisko 1300 polskich MŚP pokazuje, że same etapy identyfikacji i mapowania procesów nie zwiększają jeszcze innowacyjności. Zmiana zaczyna się dopiero na etapie ciągłego doskonalenia. Ale bez mapy nie wiesz, co doskonalić.

Wprowadź standardy pracy. Standard to nie biurokracja. Odpowiedź na pytanie: „Jak to robimy u nas?”. Jak wygląda proces przyjęcia zamówienia. Jak reagujemy na reklamację. Kto aktualizuje dane w systemie i kiedy. Case study polskich firm produkcyjnych pokazuje, że samo uporządkowanie standardów pracy, przepływu informacji i logistyki wewnętrznej pozwoliło zwiększyć wydajność maszyn o 20-100 proc. i praktycznie wyeliminować oczekiwanie na dane. W firmie usługowej skala będzie inna, ale mechanizm ten sam: ludzie przestają tracić czas na wymyślanie koła od nowa przy każdym zleceniu.

Ustal rytm zarządczy. Codzienne 15-minutowe odprawy z zespołem. Cotygodniowy przegląd wskaźników. Comiesięczna retrospektywa: co poszło dobrze, co nie, co zmieniamy. Nie jest „kolejnym spotkaniem”. Jest mechanizmem, który sprawia, że problemy są wyłapywane zanim się rozrosną. W firmach, z którymi pracujemy, wprowadzenie rytmu zarządczego często jest momentem przełomowym. Nagle okazuje się, że ludzie wiedzą, co się dzieje i nie muszą czekać na właściciela, żeby podjąć decyzję.

Mierz i analizuj. Jeśli nie mierzysz, to nie zarządzasz. Proste wskaźniki: terminowość realizacji zamówień, czas obsługi reklamacji, procent błędów w procesie, rotacja pracowników. Nie potrzebujesz 50 mierników. Potrzebujesz 5-7, które pokażą Ci, czy firma idzie w dobrym kierunku. Nice To Fit You (producent posiłków dietetycznych) po wdrożeniu takiego podejścia (planowanie procesu, standaryzacja, monitorowanie wskaźników) zanotowało wzrost wydajności pracy o 14 proc. i znacząco poprawiło przewidywalność realizacji zamówień.

Ile kosztuje ciągłe gaszenie pożarów

Policzmy to na przykładzie firmy na 80 osób. Średni koszt godziny pracy pracownika (z narzutami) to około 80 zł. Jeśli przyjmiemy (a dane z researchu to potwierdzają), że przeciętny pracownik traci 10 godzin tygodniowo na „tarcie operacyjne” wynikające z braku procesów, chaotycznej komunikacji i powtarzalnych problemów, to:

80 osób × 10 godzin × 50 tygodni × 80 zł = 3,2 mln zł rocznie.

Trzy miliony dwieście tysięcy złotych na brak systemu. Rocznie. A to jeszcze nie uwzględnia kosztów rotacji (3-6 miesięcznych pensji na zastąpienie specjalisty), utraconych szans biznesowych (bo nikt nie miał czasu na nowego klienta, bo gasił pożar) ani kosztów błędów, które powstają, gdy ludzie pracują pod presją i bez procedur.

Nawet gdybyś odzyskał 20 proc. tego czasu (a przy porządnym uporządkowaniu procesów to realne), mówimy o 640 tys. zł rocznie. Za tyle przeprowadzisz gruntowny audyt procesowy, wdrożysz standardy w trzech najważniejszych obszarach i jeszcze zostanie na podstawowe narzędzia automatyzujące najbardziej powtarzalne czynności.

Po drugiej stronie równania są firmy, które zdecydowały się uporządkować operacje. Lean To Win raportuje, że ich klienci po wdrożeniu usprawniają efektywność o 32 proc. i odzyskują 575 godzin pracy specjalistów rocznie. W jednym z polskich zakładów produkcyjnych zmiana organizacji pracy (bez żadnych inwestycji technologicznych) zwiększyła liczbę partii produkowanych na zmianę z 14 do 24. Ponad 70 proc. wzrost wydajności. Wystarczyło przestać gasić pożary i zacząć zarządzać.

 

Co zmienia się, kiedy firma przestaje gasić pożary

Poza oczywistymi oszczędnościami dzieje się coś, czego właściciele często się nie spodziewają, i co trudno wycenić w arkuszu kalkulacyjnym. Ludzie zaczynają się angażować. Bo nagle mają jasne zasady, wiedzą, czego się od nich oczekuje, widzą sens w tym, co robią i nie muszą codziennie gasić cudzych pożarów. Badania potwierdzają, że organizacje z systemowym zarządzaniem operacyjnym raportują wyższe zaangażowanie pracowników i niższe koszty operacyjne.

Firma staje się też bardziej odporna na wstrząsy. OECD i PARP podkreślają, że MŚP z lepszą jakością zarządzania i systemami zarządzania ryzykiem lepiej radzą sobie z szokami rynkowymi i szybciej wracają na ścieżkę wzrostu po kryzysach. Pandemia to brutalnie zweryfikowała. Firmy, które miały opisane procesy i mogły szybko przeorganizować pracę, przetrwały. Reszta gasiła pożary, do których nie miała już gaśnic.

Widzimy to też w kontekście innowacyjności. Jedno z badań polskich MŚP wykazało, że firmy, które wdrożyły etap ciągłego doskonalenia (a nie tylko zmapowały procesy na papierze), wyraźnie częściej wdrażają innowacje produktowe, procesowe i organizacyjne. Innymi słowy: firma, która ma porządek operacyjny, ma też przestrzeń na myślenie o nowych rzeczach. Firma, która ciągle gasi pożary, tej przestrzeni nie ma. Cały czas jest „na teraz”, nigdy „na jutro”.

Jest jeszcze kwestia sukcesji i wartości firmy. Jeśli firma działa „na właścicielu” (bo tylko on wie, jak to wszystko działa), to jej wartość rynkowa jest dramatycznie niższa. Nikt nie kupi firmy, która przestanie funkcjonować, gdy odejdzie jedna osoba. Zarządzanie firmą systemowo to inwestycja w wartość biznesu, nie tylko w bieżącą efektywność. O tym, jak uporządkować strukturę organizacyjną, żeby firma działała niezależnie od właściciela, pisaliśmy szerzej w osobnym artykule.

Od czego zacząć, jeśli dziś ciągle gasisz pożary

Nie musisz zmieniać wszystkiego naraz. Właściwie nie powinieneś, bo wdrażanie zmian we wszystkich procesach jednocześnie to recepta na kolejny chaos. Zacznij od jednego procesu, który boli najbardziej (bo generuje najwięcej pożarów, reklamacji albo nadgodzin). Zmapuj go. Zapisz, jak powinien wyglądać. Ustal, kto jest jego właścicielem. Wprowadź miernik, który pokaże, czy działa lepiej czy gorzej.

W jednej z firm produkcyjnych, z branży spożywczej, proces wyglądał tak: ciągłe awarie, opóźnienia dostaw, nadgodziny i przeciążenie brygadzistów. Zarząd żył w trybie codziennego gaszenia pożarów. Zaczęli od mapowania procesów i standaryzacji pracy na kluczowych stanowiskach. Wprowadzili tablice wizualne i codzienne odprawy. Efekt: mniej „nagłych” awarii, krótsze przezbrojenia, stabilniejszy plan produkcji. Spadł poziom stresu w zespole. Ludzie przestali pracować w trybie „co dziś wybuchnie”, bo system zaczął wyłapywać problemy, zanim urosły do rangi pożaru. Nie potrzebowali żadnej rewolucji technologicznej. Potrzebowali porządku.

Potem weź kolejny. I kolejny. Firmy, które przeszły tę ścieżkę, mówią, że po 3-6 miesiącach widzą różnicę. Nie dlatego, że wdrożyły jakąś rewolucyjną technologię, ale dlatego, że przestały tolerować chaos jako „normę”. Bo chaos nie jest normą. Jest wyborem, nawet jeśli nikt go świadomie nie podjął.

Dobrym pierwszym krokiem jest audyt organizacyjny albo diagnoza strategiczna, która pokaże, gdzie naprawdę leżą wąskie gardła i od czego warto zacząć. Pracujemy z firmami MŚP i pomagamy właścicielom przejść od roli strażaka do roli architekta. Jeśli czujesz, że Twoja firma jest w trybie ciągłego gaszenia pożarów i chcesz z tego wyjść, zapraszamy na rozmowę. Zarządzanie firmą systemowo to nie cel na lata, to decyzja, którą możesz podjąć dziś.

Umów się na darmową konsultację

Scroll to Top